Urzędowe schadzki, czyli droga klienta do upragnionego celu
Szkoda jest wielka, kiedy wchodząc do urzędu, do konkretnego pokoju, z konkretnym zamiarem, panie (np.3) w pokoju, z czego jedna pije kawę, druga przegląda papiery a trzecia klika w komputerze - i jakoś nikt mnie nie zauważa. Może to magiczne "dzień dobry" działa cuda, bo nagle jedna się budzi. Niecierpliwie spogląda na mnie, obrzuca spojrzeniem takim, że wystraszyłby się wielki niedźwiedź. Odpowiada niedbale "dobry”, po czym wraca do klikania. Ciśnienie urosło do rozmiarów zagrażających życiu. Przedstawiam swoją sprawę, w najprostszych słowach referując, po co zawracam ich zajęte głowy i dlaczego w ogóle miałem czelność im przeszkodzić. O dziwo, najmniej zainteresowana moją sprawą jest pani pijąca kawę i spoglądająca w okno z niecierpliwością oczekując godziny szesnastej.
Referuję, o co mi chodzi. Wątpię, aby ktoś mnie słuchał i kiedy kończę przebiegam wzrokiem po ścianach. Wisi kalendarz z obowiązkowo zaznaczonymi wszelkimi świętami. Pani w papierach odzywa się do pani pijącej kawę, że jej sąsiad to taki a taki alfons, że dziwki, że alkohol, że rozróby, że kradzieże, że żona to dziwka, że żona to a tamto. Nie powiem, zaciekawiłem się.
Przeglądając ściany słucham jakże ciekawej historii o pewnym sąsiedzie sprowadzającym sobie dziwki, kiedy żona jest w mieszkaniu. Myślę sobie, że pani mieszka po prostu w nieciekawej dzielnicy – każdy może, to wolny kraj. Sąsiad zresztą też ma prawo do domu przyprowadzać sobie, kogo chce i kiedy chce. Jakoś pani nie wspomniała o tym, że ona w tym urzędzie też po coś jest. Wreszcie pani od papierów skończyła swą opowieść mówiąc, że sąsiad to tak naprawdę nie kradnie, bo ma dobrą pracę a te dziwki to koleżanki z pracy, zresztą także jego żony, bo pracują razem – jak się okazało. W tej samej chwili okazało się, że „dziwka” to określenie koleżanki. Ach, jaki ja niedzisiejszy.
- No, nareszcie skończyłam – odzywa się nagle pani w papierach. – Wszystkie papiery dla Kasi (imię zmienione) wreszcie uporządkowane.
- A w której klasie jest ta twoja Kasia? – pyta pani od kawy stawiając po cichu filiżankę na spodku, co by nie przeszkadzać przybyłemu klientowi.
- No w trzeciej licealnej, ale wiesz, teraz te matury takie ciężkie to jej trochę pomagam.
Fakt, matematyka doszła – zgadzam się, że matury zrobiły się trudniejsze.
Kolejny fakt jest taki, że matka córce pomaga i to się chwali, ale niech do cholery robi to w godzinach wolnych od pracy lub kiedy nie ma akurat klienta. Przecież to nie takie trudne odstawić papiery i wrócić do nich po godzinie. Szef nie będzie miał za złe; premia i tak będzie.
Już miałem nadzieję, że może wreszcie ktoś się mną zajmie. Spoglądam na zegarek, minęło już pięć minut odkąd wszedłem do pokoju. Marnuję swój czas na siedzenie i czekanie. Nic nie mówię, czekam.
Wreszcie pani od klikania spojrzała na mnie, jakby przychylniejszym wzrokiem i poprosiła o papiery. Podałem jej, co trzeba, po czym nakazała wypełnić formularz. Usiadłem w niewygodnym foteliku i zająłem się wypełnianiem. Panie znów zaczęły trajkotać o słońcu, spiekocie i ogólnym gorącu na dworze. Uświadomiłem sobie dopiero, że faktycznie temperatura jest powyżej umiarkowanej.
Skończyłem pisać swój formularz, po czym podałem go pani od klikania. Mija siódma minuta mojego pobytu tutaj. W myślach pani od klikania wisi na palu, pani od papierów pali się na stosie a pani od kawy tonie w obrzydliwie gorącej kawie z fusami. Po dziesięciu minutach jestem załatwiony. Szeptam uprzejme „dziękuję” i zamykam drzwi za sobą.
Dziesięć minut zajęła sprawa, która równie dobrze mogła potrwać jedynie cztery, góra pięć minut. Połowa z tego czasu została oddana w poczet pogaduszek, pasjansowych gier i popijania kawy – pomimo panującego gorąca. Po wyjściu na hol widzę panią siedzącą i obrzydliwie długo czekającą na jeszcze bardziej obrzydliwym fotelu. Pani jest z dzieckiem. Pani w wieku, mniej więcej, moim. Życzę „powodzenia”, po czym wychodzę. Pani wchodzi do pokoju, w którym trzy panie znów będą obsługiwać ją przez dziesięć kolejnych minut, z czego trzy poświęcą na kawę, dwie na pogaduchy, dwie na nie wiadomo, co a tylko trzy na petenta.
Bo to urząd, gdzie petent jest najmniej ważny. Ważne jest to, że kabza pełna, a pensje i premie lecą niezatrzymującą się strugą banknotów i bilonu.
Szkoda jest wielka, kiedy wchodząc do urzędu, do konkretnego pokoju, z konkretnym zamiarem, panie (np.3) w pokoju, z czego jedna pije kawę, druga przegląda papiery a trzecia klika w komputerze - i jakoś nikt mnie nie zauważa. Może to magiczne


























Kontakt:
I za to też lubię MM-kę , że
I za to też lubię MM-kę , że mi tekstem Matei podniosła mocno ciśnienie bez wypicia kawy !!!
Nie myślałam Mateja , że masz w sobie tyle cierpliwej pokory :)))
Nie ma chyba osoby , żeby nie przeżyła podobnej sytuacji , o czym świadczą i inne teksty i komentarze na MM-ce .
W ostatnim okresie sama realnie przeżyłam kilka podobnych , tylko pokory we mnie było o wiele mniej :)
Cierpliwy jesteś :) Chociaż
Cierpliwy jesteś :) Chociaż ja w sumie też.Jak się taka panią zdenerwuje,to gotowa jest dać kilka innych formularzy do wypełnienia,byle by pokazać swoja wyższość.
Nie mów Mateja , że na
Nie mów Mateja , że na odchodnym nie powiedziałeś co myślisz o paniusiach zza biurka , Nie uwierzę :)
Znam i ja takie " zapracowane " urzędniczki (:
Nie powiedziałem:) Ale w
Nie powiedziałem:) Ale w duchu użyłem więcej niecenzuralnych słów niż znam.
Własnie jestem w trakcie
Własnie jestem w trakcie załatwiania kilku , zdawałoby się prostych urzędniczo spraw.
Po przeczytaniu tego tekstu pomyślałem tylko - daj mi boże cierpliwość Matei !
Co do komputerów , ja żeby zwiększyć wydajność niektórych urzędów , wszystkie bym zlikwidował ! Paradoksalne co ? (:
Jak muszę iść do urzędu to
Jak muszę iść do urzędu to nigdy tam nie idę z uśmiechem na twarzy ze szybko mnie obsłużą.
Nie jest tak żle :) Właśnie
Nie jest tak żle :) Właśnie wróciłam z dwóch urzędów . Miłe i kompetentne urzędniczki i jeden urzędnik , szybko i sprawnie załatwili moje sprawy :)
Patrzyłam podejrzliwie na urzędnika , coś mi przypominał naszego magistra , tym bardziej , ze zwracał się do mnie - miła pani : )))
Mnie załatwianie spraw w
Mnie załatwianie spraw w urzędach doprowadza do szału,
nie wszystko da się załatwić po dobroci,czasami trzeba otworzyć
buzinkę.
Nie mnie oceniać pracę
Nie mnie oceniać pracę urzędników :) Wszędzie mozna trafić na niekompetentnych ludzi .
Popełniłem kiedyś gafę pani Krystyno , z której do tej pory śmieją się koledzy . Do naszego biura przyszła sympatyczna pani i podczas wypełniania formularza podała , że nazywa Krystyna B , ja nie czekając na resztę danych , zapytałem się : Pani Krysia z MM ?!
Zdziwiona pani odpowiedziała - nie , ja mieszkam na Księżnej Anny ! :)))
Roześmiałam się głośno ,
Roześmiałam się głośno , kiedy przeczytałam o twojej gafie magistrze :)))
Widocznie wszystkie Krystyny B to sympatyczne panie :)
Magister zbyt szybko kojarzy
Magister zbyt szybko kojarzy fakty, i temu takie gafy czasem są.
A co to za gafa ! :) Ja
A co to za gafa ! :) Ja kiedyś czekałam na hydraulika . Wszedł facet , nie dopuściłam go do głosu , zaciągnęłam do kuchni . po drodze ochrzaniłam za spóżnienie i kazałam natychmiast naprawić krany ! Facet działał jak manekin i dopiero po pewnej chwili dowiedziałam się , że jest to nowy sąsiad z dołu , który przyszedł się zapytać , skąd można pobrać klucz do piwnicy :)))
A kran mi jednak naprawił !!!!
Mateja,podziwiam Twoją
Mateja,podziwiam Twoją cierpliwość do tak pracowitych pań.Chociaż czasem w takich sytuacjach lepiej jest przemilczeć zachowania urzędników, jeśli sprawa do załatwienia jest pilna.Sama się o tym przekonałam.
Jesli chodzi o gafy-jakiś czas temu nagminnie zdarzały sie u nas awarie prądu(do dzisiaj tak jest),ale wtedy to było już ich wyjątkowo dużo.
Zadzwoniłam w końcu wściekła na pogotowie energetyczne.Nie przebierałam wtedy w słowach,bo dwa razy dziennie bez prądu i trzeci raz na wieczór,to już przesada! Pan przy słuchawce pokornie słuchał mojego uniesionego głosu i tego,jak to oni pracują przy piwku,a ludzie sa bez prądu! Natychmiast wysłano do mnie elektryków((jechali 15 km.....).Jak panowie przybyli na miejsce,okazało sie,że mam spalone bezpieczniki...ups...Zawsze jest to pierwsza czynność,którą wykonuję,jesli nie ma prądu-sprawdzam bezpieczniki,a wtedy z nerwów nawet o tym nie pomyślałam.Na szczęście uratowałam sytuację małą kawką....
Mateja, zabrałeś mi temat
- a to wszystko przez to, że nie mam kiedy pisać.Moja przygoda nie miała miejsca w urzędzie, ale była identyczna. No, może ja miałam mniej cierpliwości.
Późnym wieczorem wybrałam się do sklepu. Przy stoisku,do którego podeszłam nie było koejki. Paniusia podchodzi obsługiwać mnie, a za nią drepcze jej koleżanka. Tak się rozgadały, że nie słyszały zupełnie, że do nich mówię. W końcu nie wytrzymałam i wrzasnęłam na podstarzałe plotkary. One mi na to: "Tu trzeba mówić głośniej, bo nic nie słychać" Możecie sobie wyobrazić moją wściekłość. W końcu postraszyłam kierownikiem i nagle jedna z paniuś znikła, a druga pokornie wzięła się do pracy. Nawet na koniec użyła czegoś w rodzaju "przepraszam"
Nie lubię być wredną klientką, ale czasami mam wrażenie, że nic innego nie zadziała.
Ach te urzędy:)
Dzisiaj akurat miałam okazję odwiedzić urząd, jednak wizytę oceniam pozytywnie. Fakt, że wystałam się w kolejce, ale to okres rozliczenia z fiskusem, więc byłam na to przygotowana, jak zresztą wszyscy, bo nikt nie narzekał głośno. Panie w okienkach były cierpliwe, z uwagą słuchały i wyjaśniały, i tak ma być:) Mam też i inne wspomnienia, ale nie będę sobie psuła humoru przed snem.
ewita i inni - ja też nie
ewita i inni - ja też nie miewam takich przygód zbyt często, zazwyczaj udaje się to wszystko załatwić "ugodowo" i bez napinki jednak czasami zdarzają się sytuacje, jak ta przytoczona przeze mnie. No cóż, takie życie.
Nigdy nie zrozumiem ,
Nigdy nie zrozumiem , dlaczego interesanci pozwalają na lekceważenie siebie !
:)
Dzisiaj tez bylam w urzedzie , podchodzac do okienka powiedzialam -dzien dobry , po zalatwieniu sprawy -szybko , podziekowalam ,zyczylam milego dnia i zwialam:)
O gafach to moge godzinami pisac , czesc ,ktorych bohaterka bylam ja czesc znajomi.
Jedna z nich dla was na dobranoc- pojechalam z kolezanka na zakupy spozywcze, poniewaz ona z tych uwaza ,ze nas Polakow wszedzie pelno , wiec nie trzeba innych jezykow uczyc sie. Po zrobieniu zakupow , stoimy grzecznie w kolejce , kiedy jedna z kasjerek rzecze w jezyku tubylcow"ladne masz SNICKERSY" . Na to moja kolezanka odwraca glowe i mowi do mnie z wielka pretensja powiedz tej babie ja zadnych Snickersow nie kupowalam i za zadne nie bede placila " .Przy okazji snickersy - to adidasy.
:)
Przypomnial mi sie bar na Rondzie , mieli super pyzy z miesem ,ale kiedy zauwazylam ,ze pani obslugujaca czysci sobie paznokcie nozem , ktorym pozniej kroi towar , to jakos juz wiecej tam nie chodzilam .
Po tym co napisałeś Mateja,
Po tym co napisałeś Mateja, wcale nie dziwię się, że w tym Kraju wszelkie zmiany są wprowadzane tak wolno, skoro wszystko zależy od urzędników, a im nie zależy jak widać. Poza tym te kobiety powinny dostać przynajmniej naganę z wpisaniem do akt za używanie takiego słownictwa w miejscu pracy i to w polskim urzędzie.
Bez przesady !!! Nie wszyscy
Bez przesady !!! Nie wszyscy petenci to biedni , skrzywdzeni i pokorni osobnicy ! Jest fifty - fifty . Wielu z tych " pokornych " już od drzwi sypie wiąchami i drze gębę na całe biuro !
Od tego powinna być ochrona
Od tego powinna być ochrona
Co ty jacekmi ? :))) Ochrona
Co ty jacekmi ? :))) Ochrona często siedzi w kanciapie , albo to emeryckie dziadki :)
Tylko w Komendzie i w Urzędzie Skarbowym spotkałam mundurowych osiłków .
Moją teściową i żonę
Moją teściową i żonę zastanawia , dlaczego Mateja tak umilkł ? Moim paniom brakuje jego komentarzy .:) Zaczynam czuć lekką zazdrość :)