drukuj

Przyjaciel pies

Kategorie: Tagi:
Przyjaciel pies

Wierny jak pies - bo pies jest wierny człowiekowi bez względu na wszystko.

1 stycznia 2012 roku weszła w życie nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt. Zgodnie, z którą nielegalne jest handlowanie zwierzętami poza miejscem ich chowu lub hodowli. Można sprzedawać tylko zwierzęta zarejestrowane. Wszystkie pozostałe można jedynie oddać za darmo.

Zabronione jest również okaleczanie zwierząt. U psów urodzonych od 1 stycznia 2012 roku nie można kopiować uszu i ogonów. Zwierzętom należy zapewnić odpowiednie warunki bytowania. Za znęcanie uważa się narażanie zwierzęcia na złe warunki pogodowe, trzymanie w brudnym kojcu, ciasnej klatce. Znęcaniem jest również porzucenie zwierzęcia. Należy zająć się znalezionym zwierzęciem. Zgłosić np. straży miejskiej.

Myśliwi nie mogą strzelać do psów. Jeśli w obwodzie łowieckim wałęsają się psy, zarządca obwodu powinien pouczyć właściciela o obowiązku kontroli nad zwierzęciem. A jeśli zwierzę jest bezdomne odłowić i dostarczyć do schroniska.

To takie ogólniki.

Nowelizacja ma zapobiegać rozwijaniu się pseudohodowli. Niemożliwy jest już dowóz zwierząt do osoby kupującej. Nabywca kupuje zwierzę w miejscu, gdzie ono się urodziło i ma wtedy możliwość zobaczenia warunków, w jakich jest trzymane, w jakiej kondycji są rodzice. Mam nadzieję, że poprawi się również los psów trzymanych na uwięzi. Powinny mieć ocieploną budę, a długość łańcucha nie może być krótsza niż 3 metry.

Wiele zależy od nas. Powinno się zgłaszać przypadki, kiedy zwierzęta są sprzedawane na targowiskach, kiedy widzimy, że sąsiad nie dokarmia swojego zwierzaka, trzyma go na mrozie lub w upale.

Dziś byłam w schronisku i bardzo przeżyłam tą wizytę. Jak tylko weszłam wszystkie psy zaczęły szczekać. A kiedy podchodziłam do boksów pchały się jeden przez drugiego do głaskania, żeby poświęcić mu choć chwilę uwagi. Jest tam mnóstwo wspaniałych psiaków potrzebujących domu, miłości, zainteresowania. Szczeniaków, podrostków, dorosłych i starszych. Każdego wzrostu i usposobienia. A wszystkie pragną tylko jednego - domu.

Zdjęcia

  • Przyjaciel pies
elina
Autor:elina

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze
AnnaMaria
AnnaMaria śr., 2012-01-25 09:48

Ja coraz bardziej zaczynam

Ja coraz bardziej zaczynam przychylać się do starej opinii , że im bardziej poznaje się ludzi , tym bardziej zaczyna się lubić i cenić zwierzęta .

AnnaM
też powojenna
też powojenna śr., 2012-01-25 11:51

Zawsze uważałam , że prędzej

Zawsze uważałam , że prędzej porozmawiam ze swoją Sunią niż z innym członkiem rodziny :) Sunia wysłucha mnie chociaż uważnie .
Niedawno oglądałam w telewizji reportaż o dzikich hodowlach psów . Byłam wstrząśnięta warunkami jakie tam były !
" Towar " zagłodzony , w małych klitkach pełnych odchodów . Człowiek to jednak często zwykła bestia !

Irena
StaszekD
StaszekD śr., 2012-01-25 12:04

PIES

Pal sześć "prawa autorskie". Pal sześć ACTA. Cel uświęca środki. Niezwykły, wzruszający.... Wspaniale, że podjęłaś ten ogromnie ważny temat.... Staszek
LEKCJA ODCHODZENIA

Jestem stałą czytelniczką Waszego miesięcznika. Rozczytuję się w nim od pierwszego numeru, który przykuł mój wzrok na tle beznamiętnych, szarych i bezpłciowych czasopism. Pragnę też dodać, że od pierwszego apelu dotyczącego pomocy dla zwierząt wspomagam Przystań Ocalenie.
Będąc ich miłośnikiem, znalazłam się w sytuacji rozdarcia wewnętrznego po stracie ukochanej przyjaciółki - prawie 20-letniej Sary. Poszukując artykułów dotyczących przejścia przez „Tęczowy most", co wiązało się z potrzebą uciszenia mojego bólu, natknęłam się na urywki książki O tych, którzy posiadają duszą autorstwa Anny i Daniela Meurois Givaudan. Z udzielonej mi przez redakcję odpowiedzi wiem, że ta kontrowersyjna dla niektórych praca nie została niestety w całości przetłumaczona na język polski!
A teraz już o sprawie, która skłoniła mnie do spisania tej relacji.
Ostatnie dni Sary były bardzo smutne. Wszystko zaczęło się 17 czerwca 2011 roku, kiedy zostałam wyciągnięta na imprezę klasową. Długo zastanawiałam się nad tym, czy zdecydować się na ten wyjazd, gdyż nie chciałam pozostawić mojego ukochanego psa samego.
Sara w ostatnich latach każde moje wyjście bardzo głęboko przeżywała. Dziś zastanawiam się, czy jej napady na kosz na śmieci były reminiscencją ciężkiego dzieciństwa, czy raczej swoistym rewanżem za to, że ją opuszczam.
Tym razem z ciężkim sumieniem pozostawiłam ją na parę godzin samą. Niestety, ze spotkania wyniosłam niewiele, gdyż myślami byłam zupełnie gdzie indziej. Nic nie słyszałam, nie podejmowałam jakiejkolwiek rozmowy - ot, zdawkowe wypowiedzi, żeby nikogo nie urazić. Wracałam do domu jak oszalała. Pomagał mi w tym los, gdyż trasa autobusowa nie wiodła przez oczkowe objazdy, a dojazd z dworca zapewnił mi mąż klasowej koleżanki. Leciałam do mieszkania po trzy schody, chcąc zapewnić Sarze moją jak najszybszą obecność i ewentualną pomoc. Z drżeniem serca i narastającym przerażeniem, co zastanę w domu, otwierałam drzwi. Przeczucie mnie nie zmyliło. Pies leżał pod drzwiami - stęskniony, przerażony, rozżalony, a przede wszystkim zawstydzony niepanowaniem nad swoją fizjologią.
Wynikało to z faktu, że Sara dbała o swój wizerunek w każdym calu. Zdawała sobie sprawę z tego, że jest piękna, czarująca, że posiada maniery arystokratki. Doskonale wiedziała, że zarówno ludzie, jak i jej bracia nie są w stanie przejść obok niej obojętnie. Poruszając się z gracją, udawała, że nie widzi np. psa, który wodzi za nią wzrokiem z okna lub wpada przez nieuwagę na latarnię.
Była tego świadoma.
A skąd o tym wiem? Bo 20 lat żyłyśmy razem.
Tamtego dnia leżała tak, jak ją zostawiłam. Nie wiem jak długo nawoływała mnie, cicho poszczekując. Leżała - ponieważ tylne łapki znowu odmówiły posłuszeństwa. Analizując obecnie jej stan zdrowotny, dochodzę do wniosku, że wynikał on z głębokiego przeżywania stresu. Biduli tak bardzo zależało na sprawieniu mi zadowolenia, że gdy wychodziły na jaw różne niecne sprawki (zdewastowany kosz, sznupanie po torbie z zakupami), czuła się winna sprawionej mi przykrości. Tym razem było podobnie, tyle tylko, że nie mogła już wstać o własnych siłach i okazać na swój własny sposób skruchy. Pomogłam jej pozbierać się, oczyścić i poszłyśmy spać.
Kolejne dni, aż do poniedziałku 20 czerwca upływały w miarę spokojnie, jeśli nie liczyć tradycyjnej pomocy przy korzystaniu ze schodów. Tego popołudnia jednak Sara zaczęła mieć już problemy z chodzeniem w ogóle. Spacery stawały się coraz krótsze - co parę kroków przystawała. Zastanawiała się nad tym, czy i gdzie postawić łapę. Na schody już nie mogła wejść. To był pierwszy raz, kiedy wzięłam ją na ręce i szybko wbiegłam na swoje piętro. Kiedy postawiłam ją na wycieraczce, była zdumiona i zaskoczona. Sprawiała wrażenie zszokowanej szybkością zdarzenia. Pewnie pamiętała, jak kiedyś ścigała się po tych schodach z synem.
Od tamtego dnia sama powolutku schodziła do ogródka, ja natomiast wnosiłam ją z powrotem. Jej początkowe zdumienie przerodziło się w niezadowolenie. Za każdym razem, kiedy stawiałam ją pod drzwiami, zdawała się mówić: - Ja tak sobie nie życzą, to już także mną źle? To skruszone i pytające spojrzenie będę pamiętać do końca życia.
Czwartek 23 czerwca 2011 r. zaczął się wyjściem do ogrodu i wnoszeniem po schodach. Ze względu na tryb pracy i wizyty klientów musiałam zamykać na chwilę Sarę w kuchni, gdzie miała swój stolik na miseczki. Tego dnia pozostawała sama przez godzinę. Ponieważ była towarzyska i zawsze podkreślała swoją jedność ze mną, bardzo źle odbierała taką sytuację. Oczywiście wiedziałam, że przeżywa z tego powodu ogromny stres. Nie sądziłam jednak, że w końcu wzbudzi on u niej chęć zakończenia tego stanu rzeczy. Kategorycznie odmówiła przyjmowania posiłku. Tym razem to ja byłam zszokowana i sfrustrowana, bo zaspokojenie apetytu mojej suni graniczyło wręcz z cudem! Nigdy, nawet w najcięższym stanie chorobowym (w trakcie wylewu), tak kategorycznie nie odrzuciła jedzenia.
Powoli zaczęło do mnie docierać,, że Sara zadecydowała i postanowiła (nawet sama nie wiem, kiedy odwróciły się nasze role) przeprowadzić mnie przez jeszcze jedną lekcję. Tę ostatnią. Starannie, krok po kroku. Leżąc na swoim wełnianym chodniczku przy biurku, domagała się mojej stałej obecności, abym niczego z tej lekcji nie uroniła.
Nazywam ów ostatni akt lekcją, ponieważ zawdzięczam jej więcej, niż otrzymałam podobnych lekcji w rodzinnym domu. To dzięki niej wydostałam się z płycizny uczuciowej i wrażeniowej. Otworzyłam się na świat mentalny, bez którego nie mogłybyśmy się porozumieć. Sara wydobyła ze mnie najgłębsze pokłady wrażliwości - stałam się zupełnie innym człowiekiem. Choć wychowałam się wśród psów oraz kotów i towarzyszyły mi one przez całe życie, tylko ona - Sara - dokonała cudu przemienienia. Pojawiła się w momencie początku moich zakrętów życiowych i towarzyszyła mi w nich nieustająco, wspierając, bezinteresownie kochając, ucząc, bawiąc, odgarniając z mojego nieba chmury.
Leżała cichutko pokazując, że czas na zabieg higieniczny, podanie wody, przytulenie, przełożenie w niewygodnej pozycji, wreszcie pójście spać (tym razem na chodniczku).

Następny dzień (24 czerwca 2011 r.) był trudniejszy ze względu na odwiedziny rodziny, która przyszła się z nią spotkać i pożegnać. Poczułam, że sprawiam tym Sarze zawód. W świecie zwierząt chyba jest inaczej, bo zaczęła mnie przywoływać jęknięciami. Jednym słowem - zmusztrowała mnie.
Opiekując się nią, głaszcząc i rozmawiając, zaczęłam odczuwać jej lęk. i niepewność. Wyglądało to tak, jakby chciała się wycofać ze swojego postanowienia. Ostatkiem sił, przy mojej pomocy, krok za krokiem ruszyła na spacer po mieszkaniu. Zajrzała do swoich miseczek, popatrzyła na balkon, na którym lata wygrzewała się w słońcu, zerknęła na drzwi, przez które wychodziła na spacery, a nawet wyjrzała na korytarz, ale widok stromych kręconych schodów osłabił ją. Wróciłyśmy obie na chodniczek opadnięte z sił i utwierdzone w kontynuacji podjętych postanowień.
W trakcie rozgrywającego się dramatu (od środka rozszarpywały mnie strach, niepewność i bezradność) zadzwonił telefon, z którego wynikało, że to ja powinnam podjąć decyzję o dalszym biegu wydarzeń, że pies prawdopodobnie cierpi (jasne: dla kogoś to tylko pies) i lepiej skrócić jego męki. Mój wewnętrzny dramat rozrósł się w tym momencie do gigantycznych rozmiarów, osiągając krańce Kosmosu.
A Sara...? Sara patrzyła na mnie i chyba zastanawiała się, co zrobić, by przywrócić mnie do równowagi psychicznej. Uznała, że najlepiej będzie, jeśli zajmie mnie sobą. Nie pozwalała na żadne wyjścia z pokoju, nawet po to, by zmienić jej posłanie czy przynieść wodę. Gdy wychodziłam, śledziła mój cień na ścianie rzucany przez nocną lampkę, a gdy znikał, przywoływała mnie do siebie stłumionym krzykiem. Kiedy wracałam, uspokajała się, ale cały czas czuwała, wpatrując się we mnie, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół. Tak nam minęła niedziela i kolejna noc.
Poniedziałek 27 czerwca 2011 r. oznaczał dzień pracy po długim weekendzie. Marzyłam o tym, aby nikt mi dziś nie przeszkadzał, nie dzwonił, nie chciał czegokolwiek, co pozbawiłoby sunię mojej obecności. Stało się jednak inaczej. Musiałam wyjść na 45 minut. Błagałam w duchu, by Sara spokojnie wytrzymała ten czas. W trakcie powrotu do domu już na ulicy doszły mnie żałosne, jękliwe, chropawe szczeki. Miałam za swoje. Gdy w końcu dopadłam chodniczka z Sarą, nie było końca uściskom.
Uspokajałam ją pół godziny. Tym razem pilnowała mnie jeszcze bardziej. Nie mogłam wstać z chodniczka. Przy każdym moim ruchu - z obawy przed odejściem - chrapliwie jęczała.
Byłam przerażona tym, do czego doprowadziłam. Miałam wyrzuty sumienia, bo przecież przystałam na lekcją. Oto czas nieubłaganie ucieka, a ja zawodzę Sarę, zdradzam ją, porzucam, poddaję się stresowi. To ja jestem winna, że sunia tragicznie cierpi. I znowu mój strach, niepewność, wręcz panika podsunęły mi myśl: a może jednak telefon do weterynarza?

Ściskałam słuchawkę w ręku i nasłuchiwałam głosu wewnętrznego - nic!
Szukałam w myślach jakiegoś usprawiedliwienia dla swojej decyzji - nic!
Włączyłam więc rozum i wykręciłam numer do lekarki prowadzącej moją sunię. I znowu nic!
Odetchnęłam z ulgą. Położyłam się na dywaniku obok Sary i głaszcząc ją opowiadałam o naszym pierwszym spotkaniu, o wyjazdach nad rzekę, o wypadach na łąki, o śmiesznych incydentach, o jej psich kolegach i koleżankach, o spacerach, biegach, pływaniu, zabawkach... W międzyczasie dzwoniłam do lekarki jeszcze dwukrotnie (chyba dla uspokojenia własnego sumienia), ale odpowiadała tylko automatyczna sekretarka.
Uznałam to za omen.
Dalej opowiadałam Sarze cichutko do uszka, jaka jest piękna, jakie ma piękne egipskie oczy (jak na swój wiek miała je czyste), łapy, pazury, nos, uszy, ogon ze strzałką, jaką ma szlachetną duszę, wspaniały charakter, dobrotliwą naturę, czego przy niej doznałam i jaką radość wprowadzała do mojego życia. I nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęła się nasza rozmowa.
Trudna rozmowa.
Zadawałam jej pytania bardzo intymnej natury (odejście, kiedy, dlaczego, jak mam sobie z tym poradzić). Patrzyła mi spokojnie w oczy, a odpowiedzi przychodziły niespodziewanie szybko, były jasne, rzeczowe i spokojne. Przez chwilę byłyśmy jednością. Czułyśmy jedno bijące serce i jeden oddech, dopóki kolejny z nich nie zaczął stawać się coraz płytszy. Rozmowa powoli przycichała, aż nastała zupełna cisza. Cisza głęboka, uspokajająca.
Tak kończyłyśmy spotkanie w czasie i przestrzeni, a ja liczyłam coraz krótsze i płytsze oddechy aż po ostatni.
Na pożegnanie uśmiechnęła się i zamerdała ogonem.
Mądra, piękna i dumna SARA odeszła.
Dora
Bielsko-Biała
(Nazwisko i adres znane redakcji)

Staszek
redakcja
redakcja śr., 2012-01-25 12:50

Panie Staszku,

tekst który Pan przytoczył doprowadził mnie do płaczu. Jakie to smutne i prawdziwe, kiedy musimy na zawsze pożegnać przyjaciela.

Pies jest istotą kochająca człowieka bezgranicznie i tak naprawdę za nic. Na moim osiedlu jest taki pan, który ma problemy z alkoholem. Zawsze z ni jest pies-wilczur, czy jest upał, czy mróz, cz pada deszcz, pies zawsze przy nim czuwa.

Niestety, moi rodzice nigdy nie pozwolili mi na psa, ze względu na moja alergię, ale jak byłam dzieckiem to moja ciocia miała psa, Dżekiego. Uwielbiałam go, zawsze jak odwiedzałam ciocię to było krótkie przywitania z nią i reszta czasu spędzona z psiakiem. Jak Dżeki umarł, to nikt nie chciał mi powiedzieć, że odszedł. Ciocia wywijała się brakiem czasu, żeby ją odwiedzić i powiedziano mi dopiero po kilku miesiącach. Ciocia już nigdy nie miała innego psa, a jej podwórko już nie było takie samo bez Dżekiego.

A wracając do tekstu Eliny, to bardziej jest mi szkoda cierpiących zwierząt niż ludzi. Zwierzę jest bezbronną istotą, która pozostawiona sama sobie, nie zawsze jest w stanie sobie poradzić. Kiedyś pisałam tekst o adopcji psów z białostockiego schroniska. Pojechanie tam, było dla mnie ogromnym przeżyciem. Mimo, że zwierzęta były zadbane, to smutne, ale nikt nie byłby zadowolony siedząc w nie za dużej klatce. Po wyjściu stamtąd, najnormalniej w świecie puściły mi wszystkie hamulce i rozpłakałam się z bezsilności, że nie mogę im wszystkim pomóc i nie mają one domów.

Trochę smutkiem powiało na MM-ce. Pozdrawiam Wszystkich,

Kasia

AnnaMaria
AnnaMaria śr., 2012-01-25 13:09

Staszku D , pobiłeś rekord

Staszku D , pobiłeś rekord długości komentarzy na naszej MM-ce !
Będę jednak szczera - o wiele bardziej przemówił do mnie piękny , samodzielny komentarz Kasi , niż czytanie twojego przedruku !
Od początku wypowiadamy się samodzielnie , w wielu wypadkach dodajemy linki do innych artykułów , ale z taką formą komentarza spotykam się pierwszy raz !
Zacytowany przez ciebie tekst wzruszył mnie , zmusił do refleksji , ale i porządnie zmęczył !!!! Czytanie takich epistoł absolutnie mi nie odpowiada ! Wolę o wiele bardziej szczere i nawet dość długie , ale samodzielne wypowiedzi naszych forumowiczów .
Dlatego dziękuję Kasi za jej komentarz :)

AnnaM
StaszekD
StaszekD śr., 2012-01-25 13:42

Masz rację

Podporządkuję się - tyle, że ten tekst może "przenicować" każdego, choćby mało wrażliwego i dziwnie zbiegł się w czasie... Miałem wyrzuty sumienia i zarazem żadnych, gdyż temat jest wg. mnie godzien każdej, możliwej formy i ogromne potrzebny ludzkim sercom. Stąd taki odruch.... Staszek

Staszek
też powojenna
też powojenna śr., 2012-01-25 13:42

Zgadzam się z opinią Anny

Zgadzam się z opinią Anny Marii . Link zawsze można zapisać i potem w spokoju przeczytać . Komentarze na MM lecą szybko i trudno nad jednym siedzieć 20 minut . !
Mnie jako odwiecznej psiarze bardzo się spodobał ten przedruk i popłakałam się , ale wielu po prostu go pominie .

Irena
StaszekD
StaszekD śr., 2012-01-25 14:10

link

Niestety, to bezpośrednio z miesięcznika. Bez sugerowanej możliwości. Fakt, byłoby to najlepsze rozwiązanie...... Staszek

Staszek
Twiggy33
Twiggy33 śr., 2012-01-25 14:47

:)

Cale moje zycie to zycie z psami. Teraz mam prawie 2 letnia Lole ,ktora ma charakter ,uwaza ,ze to ona ma wszystkie prawa w domu i wszystko jej wolno . Jest rozpuszczona i bezkarna ale i kochana. Bo kto cieszy sie kiedy wracamy do domy?Kto grzeje nam nogi kiedy jest zimno ?Kto patrzy swoimi madrymi oczami p probuje pocieszyc?Psy wyczuwaja nasze emocje i probuja nam pomoc w swoj psi sposob.Lola potrafi ze zlosci na moja corke isc do jej sypialni i zrobic kupe na srodku , ale potrafi przytulac sie jak dziecko kiedy moja corka placze.Co do opieki lekarskiej , jestem zaskoczona poziomem , kiedy nasza Lola zachorowala pojechalismy z nia do pogotowia psiego ,gdzie odrazu zajeli sie nia.Zas kiedy moj maz mial opilek w oku na pogotowiu kazali mu czekac 6 godzin:)Wlasnie dzisiaj jade z Lola do weterynarza alergologa bo okazalo sie ,ze jest uczulona na koty i bedzie odczulana:)

irekkos
irekkos śr., 2012-01-25 15:53

Ja bym chętnie " skopiował

Ja bym chętnie " skopiował uszy i ogony " takim snobistycznym psiarzom ! Ciekawe jak by się wtedy czuli bez swojego ogonka ? !
A , ze jestem mało sadystyczny , to bym tylko niektórych przywiązał na 3 godziny na krótkim łańcuchu do wiatrem podszytej budy i to w największy mróz . Bo ja taki trochę litościwy jestem ;) Miskę z zamarzniętym żarciem też bym postawił , ale z parę metrów od budy .

Irek.K
magisterUW
magisterUW śr., 2012-01-25 16:34

Z lekkimi oporami moralnymi

Z lekkimi oporami moralnymi muszę przyznać tym razem rację Irkowi .
Czy takim korektorom psich ras również by nie zadrżała ręka , gdyby urodziło im się dziecko z za długim noskiem ?

Magister
Botanik81
Botanik81 śr., 2012-01-25 17:07

Irek dosadnie wyraził to co

Irek dosadnie wyraził to co inni obłożyli sreberkiem . Ma racje !
Tekst poruszył nas bardzo , bo oboje z żoną pracujemy wśród zwierząt i doskonale wiemy , że ich odczucia niczym nie różnią się od ludzkich .

Marcin , Anka i Junior
elina
elina śr., 2012-01-25 17:25

Staszku,Twój komentarz czytam

Staszku,Twój komentarz czytam na raty.Nie dlatego,że długi,ale płaczę jak bóbr i nic nie widzę.
Kasiu,na pewno mnie rozumiesz :) Byłam w schronisku kilka razy,ale tylko właściwie weszłam i wyszłam.Teraz przeszłam obok każdego boksu,dotknęłam wiele psów,przyjrzałam się im bliżej i czułam właśnie tą bezradność,żal i złość.Sunia ze zdjęcia jest mieszkanką naszego schroniska.Kiedy do niej podeszłam przez siatkę próbowała się ze mną bawić,a kiedy odeszłam smutno patrzyła,yo szczeniorka jeszcze.Tam psy mają schronienie,zawsze pełną miskę,opiekę weterynaryjną.Brak tylko własnego człowieka.Wkrótce zawitam tam ponownie.
Odnośnie komentarza Irka.Kiedyś psów odpowiednio nie skopiowanych nie można było wozić na wystawy.Kiedyś tata kupił mi sunię,niby spanielkę z obciętym ogonkiem.Gdy miałam praktyki w lecznicy,zobaczyłam jak to się robi.Jeszcze ślepym szczeniakom lekarz obcinał ogonki bez znieczulenia.Pamiętam 4-miesięczną bokserkę,której lekarz za krótko przyciął uszy i właściciel chciał ją uśpić.Odkupił ją młody weterynarz,który wtedy się zatrudnił.
A licha buda,krótki łańcuch i zwykle pusta miska to częsty obraz na polskiej wsi.
A psy to czasami takie "durne" stworzenia,że i tak kochają swego "pana".

http://www.dogomania.pl/forum/threads/224430-Psy-z-%C5%82om%C5%BCy%C5%84skiego-schroniska
Flower
Flower śr., 2012-01-25 18:01

Myślę, że nie stało sie nic

Myślę, że nie stało sie nic złego, że Staszek dodał tak długi przedruk. Link, jak link, jeden otworzy, a drugi pominie... Piękna historia.... o przyjazni i milości do zwierząt...
Ja, podobnie jak Kasia, bardziej wrażliwa jestem na krzywde zwierząt niż ludzi. Myślę, że bardziej "obszczeka" cię koleżanka niż pies:-))) I szybciej "ugryzie" przyjaciel człowiek niż przyjaciel pies:-))))
To prawda Elino... pies kocha pomimo wszystko.... Kiedyś oglądałam film oparty na prawdziwej historii "Mój przyjaciel Hatchiko" (nie jestem pewna czy poprawnie napisałam). Polecam serdecznie. Wiem, że takie mądre zwierzęta są, bo sama miałam szczęscie takie mieć. Miałam psa, który nie lubił, kiedy zostawiałam go w domu i za każdym razem robił rewolucje w mieszkaniu. Pewnego dnia, wychodząc z domu nachylając się nad nim poprosiłam aby był grzeczny i pilnował mieszkania. Jakie było moje zdumienie, kiedy po powrocie zastałam porządek, kwiatki na swoim miejscu, bez obgryzionych listków, a piesek grzeczniutko czekał na dywaniku. Za pierwszym razem myślałam, że to przypadek, ale potem okazało sie, że za każdym razem, kiedy zapomniałam poprosić o porządek zastawałam zgliszcza kwiatków, pościągane chodniki, serwetki:-)))) W jaki sposób rozumiał mnie??? Nie wiem. Wiem natomiast, że reagował na moje imię. Kiedy nie było mnie w pobliżu, a ktoś wypowiedział moje imie, to zaraz biegł do drzwi piszcząc i skacząc z radości. Poza tym, kiedy musiałam go zostawić u rodziny na jakiś czas, to nie chciał jeść i pić z tęsknoty. Więc niech nikt mnie nie przekonuje, że zwierzęta nie mają uczuć.
Nie tylko psy są mądre. Miałam kotkę, która chodziła jak pies przy nodze. Kiedyś nawet byłam akuszerką, kiedy zaczęła kocić się przy mnie. Byłam przerażona, bo nie wiedziałam co mam robić... a jednocześnie wyróżniona...bo ufała mi:-)))
Poza tym nie jestem mściwa, ale zrobiłabym to samo co Irek:-)))

dziuńka
dziuńka śr., 2012-01-25 18:32

Komentarz Irka to perełka i

Komentarz Irka to perełka i podpisuję się pod nim.
Pisałam kiedyś, że nie mam w domu żadnych zwierzaków
i nie chcę mieć.Nie oznacza to,że nie lubię zwierząt, ale nie chcę
być przywiązana jak Burek do budy z powodu zwierzaka.
Co bym miała zrobić ze zwierzakiem jak wyjeżdżamy z domu?

Dziuńka
StaszekD
StaszekD śr., 2012-01-25 20:29

człowiek jest grzesznym

AnnoMario, raz jeszcze popełnię grzech cytując. Tym razem krótko. Informacja, która dosłownie wgniotła mnie w ziemię. To także ona kazała „krzyczeć” całym artykułem… Lecz i kocurek i kotka, które odeszły, a teraz jamniczka. Obcowanie z nimi to dotyk naj-czystszej miłości. Na co dzień, na każdą chwilę. Natychmiastowa empatia, porozumienie wzrokiem, myślą. Ludzie na to najczęściej „nie mają czasu”. Żyjąc w zagrożeniu są blisko strachu, a nie miłości. Nieustannie budują i odbudowują swoje bezpieczeństwo, swoje ja. Najkrócej – egoizm. Jawny, lub tak skryty, instynktowny, że sami tego nie zauważają. Są przy tym dla zwierzątek bogami od których są one całkowicie zależne. I żyją bez ich zrozumienia, zgodnie z uznaniem owych „bogów”. Często to niewyobrażalnie straszne życie... Wiem, że inaczej nie można, lecz każdorazowo boli mnie zakładanie smyczy. Faktycznej więzi, lecz i symbolu zniewolenia ich cudownej natury. A ludzie? Nie mogę, nie chcę, nie będę już oglądał przedstawianego coraz częściej ludzkiego okrucieństwa przeciwko czującym i bezradnie cierpiącym zwierzętom. Nie będę!. Już to zrozumiałem i tyle emocji przeżyłem, że WIEM. Z nadmiarem wystarczy. Powiem i to, że po odejściu kocurka nie chciałem już być tym, który z konieczności, lecz przyczynia się jednak do zniewalania ich cudownej natury. Los jednak chce inaczej.
Masz rację, AnnoMario, że im bardziej poznaje się ludzi, tym bardziej kocha zwierzęta…
Staszek
„…Z kolei w Chinach, które są jedną z najważniejszych światowych potęg, mimo protestów całego cywilizowanego świata nieustannie dokonuje się na masową skalę niewysławionych aktów okrucieństwa na zwierzętach. W mieście Hotou na wschodzie tego kraju od 600 lat organizuje się np. co roku w październiku przy biernej postawie władz festiwal konsumpcji psów, podczas którego są one najpierw żywcem obdzierane ze skóry, a później - również żywcem - gotowane (w tym roku ofiarą tych barbarzyńskich praktyk padło ich 15 tysięcy!). Japońscy rybacy po staremu masakrują tysiące delfinów zwabiając je do osławionej Zatoki Taji na wyspie Honsiu, a Kanada w imię zapewnienia źródeł utrzymania mieszkańcom swoich wybrzeży, pozwala na masowe zabijanie fok, także małych….”

Staszek
elina
elina śr., 2012-01-25 20:44

"Ratując jednego psa nie

"Ratując jednego psa nie zmienisz świata,ale świat zmieni się dla tego jednego psa "
Nie wiem skąd ten cytat,ale prawdziwy.
W niektórych prowincjach w Chinach zabronione jest spożywanie psiego mięsa.Pies jest bity,bo podobno wtedy mięso jest kruche i wrzucany do wrzątku żywcem.Jest to część tradycji i walka z tym to walka z wiatrakami.
Ja osobiście nie kupuję skórzanych rękawiczek sprzedawanych na bazarkach,czasami w marketach.Ta skórka często pochodzi z psów obdartych żywcem,tylko ogłuszonych.Pies po tym żyje jeszcze 10-30 minut.
A odejście psa bardzo boli.Moja sunia 13-letnia odeszła 8 lat temu.Nie chciałam więcej żadnego psa.A mam.Przyniesiono mi dwa skrajnie zaniedbane szczeniaki i jeden u mnie został.Pewnie kiedyś też będę po nim płakać.I pewnie przygarnę wtedy następnego.

http://www.dogomania.pl/forum/threads/224430-Psy-z-%C5%82om%C5%BCy%C5%84skiego-schroniska
ewita
ewita śr., 2012-01-25 22:09

Mamy 2-letnią suczkę. Wszyscy

Mamy 2-letnią suczkę. Wszyscy domownicy są w niej zakochani. Na początku było trochę strat, ale nauczyła się, że nie wszystko można gryżć . Fakt, .że są już jakieś dodatkowe obowiązki, ale jaka radość w domu...Wspaniale jest mieć taką przyjaciółkę:)